Nasz ziemski świat.
Małgorzata Konstańczak
Richard Dawkins, Bóg urojony,
przekład P.J. Szwajcer, Wydanie I, Wydawnictwo CiS, Warszawa 2007, stron 520
W poszukiwaniu odpowiedzi na trapiące mnie pytanie, czy kwestia istnienia Boga jest sprawą rozstrzygniętą czy też nie, natknęłam się na książkę Richarda Dawkinsa „Bóg urojony”. Jak wskazuje sam tytuł, dla autora kwestia jest rozstrzygnięta i wyjaśniona. Wszystko, co wiąże się z pojęciem „Bóg" jego zdaniem trzeba zaliczyć do sfery wyobraźni ludzkiej.
Podstawowym błędem autora jest stawianie znaku równości pomiędzy religią a wiarą. To dość pospolity błąd wśród naukowców reprezentujących nauki przyrodnicze. Z punktu widzenia ateisty, jakim jest Dawkins, problem jest bardzo prozaiczny. Praktycznie nie rozpatruje on poglądów innych niż swoje własne, które traktuje jako wykładnię naszych czasów. Dowody na istnienie Boga, czy też na nieistnienie, w rezultacie są dla niego urojeniem tego samego rodzaju.
Książka jest pełna sprzeczności, w jednych kwestiach bowiem autor podkreśla wyższość własnego myślenia, a w innych posiłkuje się tezami innych myślicieli. Dawkins przede wszystkim stara się obalić tezę o istnieniu boga osobowego, czym zapewne zyskuje poklask jednych, a niechęć innych. Bóg osobowy, bo głównie tym pojęciem zajmuje się autor, jest w jego mniemaniu uproszczeniem procesu doskonalenia umysłu. Podobną krytyką objął kreacjonizm, jako mit powstania rodzaju ludzkiego. Przez takie odrzucenie tym samym propaguje ewolucjonizm, który jednak interpretuje na swój własny sposób.
W każdym rozdziale książki można zarzucić autorowi odejście od tematu, autor generalnie zajmuje się religijnymi aspektami wiary, co niewiele ma wspólnego z ujęciem transcedentalnego Boga. Zauważalna w trakcie lektury drobiazgowa analiza pojęć religijnych w sumie staje się pretekstem do pomnażania objętości książki i często nie wnosi nic poza tym. Politeizm ewoluuje do monoteizmu, a dalej do ateizmu, co można zinterpretować tak: Bóg nie spełnia naszych zachcianek, marzeń i pragnień, a więc stanę się ateistą – nic nie ryzykuję, nic nie stracę. Droga może to i słuszna, ale tylko dla jednostek.
Niemal w każdym akapicie autor gromi tych, którzy twierdzą, że Bóg jest i nie potrafią tego udowodnić. Z lektury jednakże się nie dowiemy dlaczego Richard Dawkins, jeden z najznamienitszych umysłów współczesności, człowiek w nauce wielce wpływowy, chce udowodnić, że nie ma czegoś, co leży poza zasięgiem jego umysłu. W procesie obalania Absolutu posługuje się wygodnymi dla siebie cytatami z dzieł innych uczonych. Takimi, które sam rozumie i interpretuje wedle potrzeb prowadzonego wywodu.
Przy omawianiu zagadnień doboru naturalnego wśród ludzi autor nie rozwija należycie tego wątku, zakłada milcząco, że ta sprawa jest przez wszystkich rozumiana tak samo. Jak? Do końca książki niewiadomo dokładnie. Zagadnienie to aż się prosiło o szersze przedstawienie.
Bardzo ciekawie Dawkins opisuje historie dyktatorów, przytaczane są na przykład motta z „Mein kampf", co szereguje Hitlera w kategorii wielkich myślicieli, zapewne dlatego, że zdaniem autora żaden pospolity umysł nie zdobyłby się na wysiłek korelowania toru własnego myślenia z oddziaływaniem na innych.
Przez książkę przewija się również wątek żalu za bytem doskonałym, który może jest, a skoro nie można go spotkać, zobaczyć, trzeba mu narzucić nieistnienie. Nie wyklucza się jednak, że może się kiedyś w jakiś sposób objawi. Można z tego sądzić, że zdaniem autora doskonałość musi objawić się nam w sposób jednoznaczny, a skoro tego nie czyni, znaczy, że jej nie ma. Dlatego Dawkins zebrał w swojej książce myśli wielu logików, znamienitych myślicieli, których łączy przekonanie, że jeśli ich umysły na „drodze” intelektualnej nie spotkały Boga, to po prostu znaczy, że go nie ma. Brak jasnej definicji „Boga” ogranicza pole poszukiwawcze. Można szukać wszędzie, ale naukowiec musi przecież wiedzieć czego.
Mottem książki jest więc stwierdzenie, że zakusy poznania czegoś większego od naszych umysłów jest urojeniem. Pada w niej wiele ważkich zarzutów kierowanych w stronę religii, religijności narodów i celowo eksponowane są konsekwencje, jakie z tego tytułu wynikają. Takimi skutkami dla autora są na przykład rozprzestrzenianie się różnych fobii, rasizmu a nawet zwykłej niechęci człowieka do człowieka. Przypisuje się to przede wszystkim religijności poszczególnych grup społecznych, narodów itp. Religijność ma wedle treści zawartych w omawianej publikacji wpływ na strukturę myślenia. Można zgodzić się, że jest to rzecz bezsporna. Religia mami przecież swoich wyznawców rajem i cudami. Dawkinsa jedno zastanawia: dlaczego człowiek w swoim oglądzie świata nie dostrzega niespójności?. Pragmatyczna wiara potrafi przecież wychwycić takie niuanse, a racjonalne podejście umysłu bardzo sensownie wyjaśnić zależności, jakim podlegamy. Jedynym gwarantem takich poglądów dla autora jest zatem przeciwstawienie urojeniu własnego poglądu bez podpierania się ocenami innych.
Aborcja to temat dyżurny w każdej dyskusji na temat wiary, Dawkins nie wnosi tu nic nowego. Dokonuje analiz naukowo, w sposób rzeczowy i chłodny. Antyaborcjoniści i aborcjoniści przyjmują stanowiska przeciwstawne. Argumenty i kontrargumenty zawarte przy okazji opowiastki o kobiecie z ósemką dzieci są jednak marnej jakości, każdy kto zna życie, wie, że takie kobiety nie zastanawiają się nad jakością potomstwa.
Brak mi także w książce wyjaśnienia zasadniczego problemu: dlaczego seksualność człowieka cieszy się tak wielkim zainteresowaniem religii? Być może pod wpływem lektury książki ktoś zajmie się poważniej tym tematem.
Myśl ludzka przez autora jest usytuowana poza dobrem i złem. Takie przekonanie wynika z lektury, co zresztą wcale nie jest nowym spojrzeniem w nauce. Autor stara się w swej książce dokonać syntezy przemyśleń wielu pokoleń naukowców i próbuje stworzyć podstawy nowego postrzegania rzeczywistości. Stara się skłonić czytelnika do zaakceptowania praktycznego podejścia do życia. Taka też powinna być postulowana przez niego odreligijniona moralność. Dlaczego odreligijniona? Dawkins nie pozostawia wątpliwości przytaczając wyniki badań przeprowadzonych przez Georgea S. Paula w 17 krajach świata: „Wnioski były dość jednoznaczne: wyższe wskaźniki religijności (w tym praktykowania) korelują dodatnio z wyższym współczynnikiem zabójstw, większą śmiertelnością wśród młodzieży, częstszym występowaniem chorób przenoszonych droga płciową, częstością ciąż u nastolatek i liczbą aborcji” (s. 313). Moralizować można za to na przykład na temat homoseksualności, jeśli odrzuca się tych, dla których świat zamknął się ze względu na ich preferencje seksualne. Nie dzieje się tak ze względu na racje rozumowe, to tylko emocjonalna dezaprobata, bo w inności zawsze zawiera się niezgoda na zastany świat. W końcu to przecież wysiłek naszego intelektu, zastanawianie się nad naturą naszych emocji, preferencji, nad przyczynami ich powstawania, daje asumpt do pomnażania naszej inteligencji.
Książka R. Dawkins'a nie daje jednak czytelnikowi gotowych odpowiedzi, zadaje głównie pytania - dlaczego? „Europejczycy powinni wiedzieć, że mamy u siebie taką wędrującą trupę religijnych maniaków, która wprost żąda wprowadzenia prawa starotestamentowego - np. kary śmierci dla homoseksualistów”. Europejski klimat postępu jego zdaniem potrzebuje jawnych oznak dbałości o wszystko, co wiąże się z postępem. Przykrym faktem jest, że innym nacjom nie tyle zależy na rozwijaniu się, co raczej na krytyce dokonań. Rasizm rodzi się najpierw w obrębie tej samej rasy. Większość, czyli tłum, nigdy przecież nie jest zainteresowany wolną myślą w swojej sprawie.
Ciekawie potraktował Richard Dawkins Biblię, traktowaną dotąd jako zapis niekwestionowanych argumentów. Biblia bez interpretacji jest przecież niezrozumiała, z kolei interpretacje tworzą wyłącznie ludzie, którzy żyją w oderwaniu od realnego świata, czyli kapłani. Nic dziwnego, że dla nich wyższość „ich” Boga nad pozostałymi jest sprawą bezdyskusyjną. „Religia dzieli” - jeśli to prawda, to nie pada pytanie dlaczego dzieli, jeśli wszyscy wierzący są przekonani w miłosierdzie boskie? Odpowiedz autora jest prosta, ponieważ jego zdaniem kapłani w obrębie swoich wyznań dbają tylko o „czystość ślubów”, a przez to nie przepadają za związkami międzywyznaniowymi. Powody, dla których tak postępują są im tylko znane, nieznane natomiast pozostają tym, którzy zasilają szeregi wiernych.
W dalszej kolejności Dawkins zastanawia się nad niechęcią religii do kobiet. Dyskryminacja kobiecości w religii jest czymś wielce zastanawiającym dla samych kobiet, dla mężczyzn jakby mniej. Sprawa robi dużo szumu wśród ludzi, gwar ten cichnie najczęściej, kiedy mowa o równouprawnieniu. Tutaj religia jest naturalnym sprzymierzeńcem mężczyzn. Autor stawia więc pytanie: „Skąd zatem biorą się te powiązania i przemiany świadomości społecznej?”(s. 365). Być może tylko bogowie wiedzą, że postęp jest wskazany w każdej kulturze. Sam sobie też udziela częściowo na nie odpowiedzi: „Nie wolno lekceważyć na przykład roli jednostek, przywódców, którzy potrafią wyprzedzić swoje czasy i pociągnąć za sobą innych”(s. 366). Także poziom wykształcenia, jak można przeczytać dalej, pozwala podnieść wymagania jednostek względem innych. Szkoda tylko, że nie potrafi podnieść poziomu wymagań względem siebie.
Autor „Boga urojonego” zebrał wiele przykładów na istnienie fantastycznych teorii wyższego bytu, ale nie zakwestionował w żadnym akapicie potrzeby boga powszechnego. Książka jest sceptyczna wobec Boga, mniej sceptyczna wobec istnienia ludzkich więzi emocjonalnych z wyższą inteligencją, czy potrzebą wiary w to, że nie wszystko, co o świecie wiemy jest wiedzą ostateczną. Dawkins podnosi także problem wiary w wiarę - niekoniecznie wiara to przekonanie, że dobrze jest wierzyć w cokolwiek bez względu na to, czy uznaje się to za prawdę czy ma wątpliwości. Wszystko bowiem i tak zależy od krytycyzmu własnego umysłu wobec siebie. Prawdziwa wiara jest kwintesencją mądrego rozeznania w możliwościach rozwoju życia. Prawda była niezrozumiała, bo nikt wcześniej nie potrafił jej jasno przedstawić.
Podrozdział „Pocieszenie i ukojenie” (s. 469) traktuje o moralność w umyśle i moralność w ogóle. Zdaniem autora to dwie sprzeczne teorie. Moralność w umyśle nie nakłada żadnych barier na wyobraźnię. Ekwilibrystyka umysłowa potrafi człowieka wprowadzić w samozachwyt, który raczej jest nieosiągalny na styku z rzeczywistością. Ukojenie, także religijne, zatem to rekompensata za nieosiągnięte cele.
Dalej autor stawia pytanie, czy łatwiej ateiście czy wierzącemu osiąga się wyżyny lub upadek moralny .W odpowiedzi stwierdza, że wierzący widzi siebie zawsze na szczycie, nie cierpi wspinaczki, nie stawia sobie prostego pytania - dlaczego się nie udało? To jest także granica, którą trzeba pokonać, aby zyskać poprawną wizję własnego jestestwa. Oczywiście dla Dawkinsa taka własność jest także zależna od genów odziedziczonych po naszych przodkach.
Słowa Bertranda Russella przytoczone w książce: „Wierzę w to, że umrę, zgniję i nic nie pozostanie z mojego ego. […] jestem wart tylko wzgardy, gdybym drżał z lęku na myśl o nieistnieniu. Każde szczęście dlatego jest prawdziwym szczęściem, bo kiedyś musi się skończyć, a miłość i myśl ludzka nie tracą nic ze swej wartości przez to, że nie mogą trwać wiecznie” (s. 472) uznane są przez autora za prawdziwą ucztę intelektualną. Dla Dawkinsa jest wyraz potęgi ludzkiej wolnej myśli, która sama potrafi pokonać wszelkie przeszkody na drodze poznania. Odwołuje się tu do swoich własnych doświadczeń życiowych, gdyż dzięki lekturze tych słów sam stał się wolnomyślicielem.
Przy lekturze dalszych rozważań porównywanie nauki z religią nie wydaje się najlepszym sposobem podtrzymywania postępu materialnego i duchowego ludzkości. Dla przykładu nauka i sztuka powstały dawno temu, jeszcze wtedy, kiedy nikt nie zastanawiał się nad bytem doskonałym. Wypełniły one całkowicie sferę, która później zdominowała religia. Jeśli abdykacja boga pozostawia teraz lukę, którą można wypełnić na różne sposoby, to najczęściej wypełniamy ją własną koncepcją bytu absolutnego, który wszystko wie (s. 483). Nie lubimy się przecież uczyć na własnych błędach.
Daje autor snuje swoje refleksje na temat daru życia, którego wartość wynika sama z siebie. Wyjątkowość życia według Richarda Dawkins’a polega na samym fakcie stąpania po ziemi. W książce spotykamy więc stwierdzenia w rodzaju: „wszystko przed i za nami ginie w ciemnościach martwej przeszłości lub w mrocznych głębiach nieznanej jeszcze przyszłości. My, niewyobrażalni szczęśliwcy, znaleźliśmy się w jego zasięgu. Choć nasza egzystencja w tym miejscu potrwać może zaledwie okamgnienie, nie wolno nam stracić ani sekundy, nie wolno skarżyć się na monotonię bytu, na jałowość istnienia czy nudę. To przecież byłby potworna zniewaga dla trylionów nieszczęsnych istot, które nigdy takiej szansy jak my, szansy życia nie otrzymały” (s. 482). Tego typu podstawę wartościowań znana jest jednak z wielu wcześniejszych opracowań sytuowanych w nurcie naturalistycznym. O wyjątkowości życia nie decyduje się przez takie analogie, nie można cieszyć się z samego faktu istnienia, jeśli nie towarzyszy mu również jego jakość, bo to ostatecznie od niej zależy rozwój ludzkości. W tym momencie przychodzą mi do głowy miliony głodnych ludzi - jak im się wytłumaczy cud istnienia i życia, jeśli ich umysły zaprzątnięte są wyłącznie troską o przeżycie? Autor zdaje się także zapominać, że człowiek zadowolony z tego, co jest, niczego nie zmieni, gdyby świat składał się z jednostek zadowolonych do dziś siedzielibyśmy na drzewach.
Nie przypadkiem autor stawia pytanie - Czy można znieważyć kogoś, kto nigdy nie egzystował na ziemi? Jest to bowiem zarazem próba dowartościowania tych, którzy nie wierzą w istnienie transcendentalnego świata niedostępnego naszemu poznaniu. Dawkins jako ateista i to zagorzały, zatem nie powinien tym samym zajmować się ideami nienarodzonych dusz, czym tradycyjnie zajmują się teologowie. To prawda, że każdy w swojej głowie buduje własny model świata. Miast zastanawiać się nad modelem swojego indywidualnego życia idzie dalej - buduje świat, który kręci się wokół niego.
Książkę zamykają rozważania nad sferą duchową ludzkości. Jest to problem, którego nie da się zamknąć jednym, nawet wielostronicowym dziełem. Pomimo wszystkich argumentów, którymi posługuje się Dawkins mających potwierdzić, że człowiek to twór sam w sobie doskonały, praktyka życiowa udowadnia, że nie ma racji. Autor zaś stwierdza, że jeśli człowiek nie jest doskonały, to udoskonalić się może dzięki nauce. Może i jest w tym cząstka prawdy, ale powstaje następne pytanie, czy każdy z nas w ten sam sposób przyswaja wiedzę, tak samo pojmuje poszczególne kwestie naukowe?
Nie zgadzam się sprzeciwów konkluzjami autora. Moim zdaniem pomimo wszelkich sprzeciwów wobec istnienia religii, to właśnie ona stworzyła podwaliny nauki. Książce tym samym brak tej duchowej jedności, a ten niedostatek najbardziej odczuwałam przy jej lekturze. Praca ma jednak jedną niezaprzeczalną zaletę, że można ją czytać tak jakby się czytało kilkadziesiąt relacji na temat jednej osoby. W rezultacie przestudiowania tej książki mam wrażenie, że wierze brak rozumu, a nauce duszy.
Recenzja sprzed wielu lat, wówczas moja wiedza niewielka była w tym temacie a dziś zaglądam do szuflady naukowców, którzy wyboru nie mają żadnego, albo propagują stary testament albo znikają ze świata myślicieli. Nie każdy kraj pozwala sobie na obronę myśliciela, który ma nowoczesne poglądy. Ryzyk, fizyk albo się uda albo nie. jak u Kierkegaarda . Tym, którzy identyfikują się z poglądami Dawkinsa polecam książkę Istvana Nemere pt."klaustropolis", kto kumaty w temacie szybko załapie jak wyzwolić umysły ze starego testamentu.
Komentarze
Prześlij komentarz